-->

cover

cover

piątek, 24 października 2014

Jeśli dziś piątek, to pora na kuskusik! Podwójny!

Przyrzekłam sobie, że tym razem słowa nie będzie o pogodzie, która zdecydowanie nas nie rozpieszcza ;) Cieszę się za to, że trochę sobie połazikowałam w poszukiwaniu czerwieni, czyli mojego ulubionego koloru z bogatej palety jesiennych barw. Jest chłodno i wilgotno, ale mimo wszystko pięknie :) Przejmujące zimno (choć może takie dopiero nadejdzie...?) nastraja mnie na comfort food, więc ma być pysznie, aromatycznie i dobrze się kojarzyć z miłymi chwilami. Uświadomiłam też sobie ostatnio, że w życiu bardzo się nam przydają nasze małe rytuały, drobne rzeczy, które robimy regularnie i które zawsze poprawiaja nam nastrój, a do tego jeszcze w jakiś sposób porządkują nam rzeczywistość. Są więc popołudniowe herbatki, weekendowe szaleństwa z przyjaciółmi, brydżowe wtorki w przytulnym pubie w mojej miejscowości. Oczywiście, jest tego więcej, bo każdy ma swoje "ulubione" i zdecydowanie powinniśmy się tego trzymać. Jednym z moich ulubionych "rytuałów" było jedzenie kuskusu w każdy piątek, w czasie, który spędziłam w Maroku. I nieważne, czy było to w eleganckim hotelu czy gdzieś przy stole przykrytym ceratą na środku jakiegoś targowiska, po prostu piątek bez kuskusu nie był piątkiem ;) I była to nie tylko okazja, żeby trochę połasować, ale również, aby w spokoju spotkać się ze znajomymi i porozmawiać o wszystkim i o niczym. Jeśli pamiętacie post z przepisem na kurczaka ze śliwkami i miodem , to pewnie wiecie, że w Maroku najchętniej siada się do stołu z przyjaciółmi, zatem podwójna przyjemność - można się cieszyć towarzystwem życzliwych osób, a do tego jeszcze niespiesznie rozkoszować posiłkiem. Zapraszam zatem na kuskus :)






Bardzo się zaprzyjaźniłam z kuskusową sałatką, która świetnie się nada na szybką przekąskę w ciągu dnia i drugie śniadanie do pracy. Do tego bardzo ładnie się prezentuje :) Najlepiej przygotować ją dzień wcześniej i włożyć na noc do lodówki, żeby smaki się przegryzły. Ważne również, aby nie przesadzić z ilością wody w trakcie zalewania kuskusu wrzatkiem, by kasza była sypka. Ja zwykle na 100 g kuskusu przygotowuję 140 ml wrzątku i dwie łyżki oliwy, więc łatwo sobie obliczyć proporcje na większą ilość kaszy.


Sałatka z kuskusem, selerem naciowym i jabłkiem  (inspiracja stąd )

150 g kaszy kuskus
garść orzechów włoskich, uprażonych i posiekanych
garść suszonej posiekanej żurawiny
2-3 łodygi selera naciowego, pokrojone na nieduże kawałki
1/2 małej cebuli, drobno posiekanej
1 jabłko, obrane ze skórki i pokrojone na małe kawałki
1 pęczek szczypiorku, drobno posiekanego
1 pęczek natki pietruszki, drobno posiekanej
sok z jednej dużej cytryny
sól, pieprz, oliwa z oliwek

Kuskus w płaskim naczyniu zalewamy wrzątkiem (140 ml wody + dwie łyżki oliwy), mieszamy, przykrywamy i odstawiamy na około 20 minut. Na patelni rozgrzewamy jedną łyżkę oliwy, dokładamy cebulę i seler, dodajemy szczyptę soli i pieprzu i dusimy około 5 minut na małym ogniu, a potem wykładamy do misy sałatkowej. Następnie dorzucamy do misy pietruszkę, szczypiorek i żurawinę, a potem kawałki jabłka, które skrapiamy sokiem z cytryny, żeby nie zrobiły się brązowe. Teraz pora na dodanie kuskusu i orzechów. Całość mieszamy, skrapiamy oliwą, a potem doprawiamy do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny.






Z okazji piątku postanowiłam przygotować kuskus na ciepło, właśnie taki, jak w Maroku. Kiedy podniosłam pokrywkę garnka, w którym powoli dusił sie warzywny gulasz, otuliła mnie znajoma woń przypraw, przywodząca sympatyczne wspomnienia marokańskiego biesiadowania. Ta wersja kuskusu z warzywami mogłaby śmiało uczestniczyć w konkursie na ulubione danie Shreka z bagien, bo niestety, "wyględna" nie jest za grosz ;)  Na pewno znalazłoby się więcej jedzenia typu "brzydkie, a dobre", ale muszę przyznać, że trochę się wahałam nad publikacją zdjęć, tym bardziej, że skończyła mi się zielenina do okrasy ;) Pomyślałam jednak, że ten sycący, gęsty i naprawdę bardzo smaczny gulasz z bakłażanem, kalafiorem i cieciorką mimo wszystko zasługuje na zaistnienie u Hipopotama. W końcu hipopotamom przecież do Shreka niedaleko ;)




Piątkowy kuskus z warzywnym gulaszem  (przepis z książki Diane Henry "Food from Plenty")

250 g kaszy kuskus (to jest porcja dla 4-5 osób, można przygotować więcej, bo gulaszu jest sporo)
1 i 1/2 cebuli, pokrojonej w półplasterki
2 bakłażany, pokrojone w niedużą kostkę
400 g ciecierzycy z puszki, odsączonej
50 g daktyli, wypestkowanych, pokrojonych na małe kawałki
1 mały kalafor, podzielony na różyczki
3 ząbki czosnku, zmiażdżone lub drobno posiekane
1/2 łyżeczki imbiru (sproszkowanego)
1/2 łyżeczki płatków chilli
1 łyżeczka kuminu (w przepisie 1 i 1/2, można by dać połowę, albo pominać, ale kumin daje "ten" smak)
1 kawałek kory cynamonowej
szczypta szafranu (nie miałam niestety)
1 litr bulionu lub wody (dodałam bulionu drobiowego, to dobry pomysł)
pęczek kolendry, posiekanej
sól, oliwa z oliwek

Kuskus zalewamy wrzątkiem i odstawiamy pod przykryciem na 20 minut. W naczyniu, w którym będziemy gotować gulasz rozgrzewamy 2 łyżki oliwy i szklimy cebulę, a potem dodajemy do niej czosnek, imbir, kumin i chilli i podgrzewamy na średnim ogniu, jakieś 2 minuty. Na dużej patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy i podsmażamy kawałki bakłażana, aż się zarumienią. Kawałki bakłażana dodajemy do cebuli, dodajemy litr bulionu lub wody, szczyptę szafranu, daktyle i ciecierzycę. Całość doprowadzamy do wrzenia, a potem przykrywamy i na małym ogniu gotujemy 10 minut. Następnie dokładamy do gulaszu  różyczki kalafiora i gotujemy, aż kalafior będzie miękki, ale nie rozgotowany. Kiedy gulasz będzie gotowy, dodajemy do niego posiekaną kolendrę i podajemy z kuskusem.








sobota, 18 października 2014

Na pluchę. Uzależniające!

Marzyło mi się romantyczne zbieranie kasztanów w jesiennej kolorowej alejce, a tymczasem chłód i deszcz skutecznie pokrzyżowały moje plany. Kasztany zaś zostały zdobyte podstępem :) Zdecydowanie zaczyna się pora zaszywania się pod kocem z książką i naturalnie czymś smakowitym. W kuchni wciąż króluje dynia, która tym razem przydała się do aksamitnego, lekko cynamonowego sernika. Warstwa brownie jest upieczona bez dodatku mąki, za to ze sporą ilością orzechów. Musiałam więc trochę ich sobie zorganizować. Stwierdzam, że łuskanie orzechów może być przyjemną czynnością z gatunku tzw. małych codziennych medytacji, no chyba, że łupiny będą twarde jak diabli, jak u mnie, wtedy czasami trudno o osiągnięcie stanów wyższej świadomości i zaczynamy szukać młotka ;) Orzechowe posty na horyzoncie, więc możecie sobie już medytować i łuskać, na pewno się przydadzą :)


w wydrążonej łupinie orzecha
można zmieścić dom
i powietrze potrzebne na ćwierć
oddechu
i można go wysłać jedwabiem
wymościć płatkami kwiatów
i szczelnie od góry zamknąć
druga połową
i nazwać światem
a potem 
zapomnieć że rósł

Halina Poświatowska






Tymczasem przed Wami sernikowo - czekoladowa rozkosz, która oswoi najbardziej paskudną pogodę i trudno będzie poprzestać na dwóch kawałkach ;) Może, jeśli się trochę wypogodzi, prysnę sobie z tą wspaniałością w pudełku do parku i z nikim się nie podzielę :)




Łaciate sernikobrownie z dynią  (zmodyfikowany przepis od Moniki )

Brownie:
200 g dobrej gorzkiej czekolady
200 g masła
4 jajka
1 szklanka orzechów włoskich, zmielonych na proszek
2 łyżki gorzkiego kakako
3 łyżki miodu

Sernik:
400 g trzykrotnie zmielonego twarogu
1 szklanka puree z dyni
1 jajko
3 łyżki miodu
1/2 łyżeczki cynamonu

Czekoladę z masłem rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Odstawiamy do ostudzenia. Jajka i miód ucieramy na puszystą masę, dodajemy czekoladę i dokładnie mieszamy. Dodajemy orzechy i przesiane kakao i delikatnie mieszamy do połączenia. Dwie trzecie masy brownie wykładamy na spód formy (u mnie 28 x 23 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. W innym naczyniu miksujemy wszystkie składniki sernika, kiedy masa będzie gładka, rozprowadzamy ją równomiernie na spodzie brownie. Resztę masy brownie wykładamy na warstwę sernikową, tworząc wzorek.  Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni i pieczemy przez około 40 min. Po wystudzeniu wkładamy sernikobrownie do lodówki, najlepiej na noc.