-->

cover

cover

sobota, 20 grudnia 2014

Coraz bliżej święta :) Czekoladowy keks Nigelli.

Kiedy w ubiegłym roku obejrzałam filmik, na którym Nigella przygotowuje świąteczny, niemalże ekspresowy keks, wiedziałam, że po prostu muszę go upiec... Zerknijcie sobie na ten filmik, umieściłam go tutaj na końcu posta. Ciekawa jestem bardzo, czy Wasze odczucia będą podobne :) Zaczęłam przygotowywać to ciasto i szybko zrozumialam, dlaczego Nigella ma taki rozanielony wyraz twarzy... Kiedy w dużym garnku wymieszałam bakalie z miodem, rumem, kakao i całą aromatyczną resztą, kuchnia pachniała jak prawdziwa esencja Bożego Narodzenia. Nawet sobie pomyślałam, że byłoby cudownie mieć malutką fiolkę z tym zapachem i sięgać po nią, kiedy tylko w ciągu całego roku mamy jakiś gorszy dzień czy spadek nastroju. Nigella dodaje do swojego ciasta mixed spice, czyli angielską korzenną przyprawę do świątecznych wypieków. Postanowiłam, że nie sięgnę po typową, gotową mieszankę do piernika, tylko przygotuję własną mixed spice, na podstawie tego przepisu . To był bardzo dobry pomysł. Przyprawa, którą sobie ukręciłam w starym młynku do kawy, nie ma nic wspólnego z tymi sklepowymi, ma za to bogaty skład i wspaniale pachnie.




Mixed spice, czyli angielska przyprawa do świątecznych wypieków

1 łyżka cynamonu
1 łyżka kolendry (zmielonych ziarenek)
3/4 łyżki gałki musztatołowej (najlepiej świeżo otartej)
1/2 łyżki imbiru
1/2 łyżki ziela angielskiego
1/4 łyżki zmielonych goździków

W oryginale receptura podana jest w łyżeczkach, ale ja chciałam mieć tej przyprawy więcej, w puszce, pod ręką do kolejnych ciast. Przygotowanie mixed spice jest bardzo proste, wszystkie przyprawy zmielone na proszek mieszamy ze sobą w podanej proporcji i zamykamy w szczelnym pudełku.




Świąteczne ciasto Nigelli jest tak kuszące jak ona sama ;) Mnóstwo bakaliowych dobroci w środku, nutka czekolady i alkoholu i aromat pomarańczy. Dla mnie to doskonałe połączenie. Ciasto można upiec dużo wcześniej (choć to już chyba opcja na kolejne świeta...) i przechowywać szczelnie zamknięte i zapakowane w papier, albo też popełnić je w wieczór przed Wigilią - będzie wtedy równie smakowitym towarzyszem Bożego Narodzenia :)


Czekoladowy keks Nigelli
   (z moimi zmianami)

350 g suszonych śliwek, posiekanych
250 g rodzynek
125 g suszonej żurawiny
175 g masła
140 g cukru trzcinowego
150 ml miodu
150 ml rumu
sok i skórka otarta z 2 pomarańczy
1 i 1/2 łyżeczki przyprawy mixed spice
3 łyżki dobrego kakao
3 jajka
150 g mąki
75 g mielonych migdałów
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody

W dużym garnku mieszamy bakalie, masło, cukier, miód, rum, sok i skórkę pomarańczową, mixed spice i kakao. Podgrzewamy, aż całość zacznie się delikatnie gotować. Mieszamy i podgrzewamy na małym ogniu 10 minut. Potem odstawiamy mieszankę, aż ostygnie do temperatury pokojowej. W miseczce lekko ubijamy jajka i dodajemy je do ostudzonej masy, a potem dosypujemy mąkę, zmielone migdały, sodę i proszek. Starannie mieszamy, aż wszystko się dobrze połączy. Piekarnik nagrzewamy do 150 stopni. Dno i boki formy wykładamy papierem do pieczenia. Papier powinien wystawać nad ciasto (powinien być raz wyższy niż bok tortownicy), żeby w trakcie długiego pieczenia wierzch ciasta nie wysychał i nie przypalał się. Nigella używa specyficznej tortownicy, o średnicy 20 cm i wysokości 9 cm. Moje ciasto też zostało w takiej upieczone, bo akurat niedawno sobie ją sprezentowałam i muszę przyznać, że wyglądało uroczo - było nieduże, ale wysokie i ciężkie. Myślę natomiast, że można spokojnie upiec to ciasto w większej, niekoniecznie tak wysokiej foremce. Przy podanych wymiarach, ciasto powinno się piec 90 - 120 minut. W większej foremce potrwa to krócej, po prostu trzeba będzie zaglądać częściej do piekarnika. Z powodu dużej ilości bakalii nie do końca sprawdza się tutaj zasada suchego patyczka, ciasto ma być po upieczeniu błyszczące i lepkie, a patyczek wciąż lekko wilgotny.






środa, 10 grudnia 2014

Życie zmiennym jest, a śledzik zawsze dobry :)

Z grudniem przywitałam się ekstremalnie. Dosłownie. Ledwo wyszłam z domu i już wywinęłam orła. Za to w jakim pięknym stylu ;) Nadałoby się to widowisko z pewnością do show typu "on ice"... A z przyjemniejszych rzeczy - rozpoczęło się wertowanie książek kucharskich i czasopism, żeby poszukać inspiracji przed Bożym Narodzeniem. Popełniłam też niezwykle smakowite ciasto, wymarzone na święta i już niedługo Wam o nim napiszę.




Tymczasem piję mocną herbatę z odrobiną mleka, z wielkiego kubka i otulona ciepłym swetrem patrzę z kuchni na ogródek, a właściwie podziwiam niebo, którego kolor co i rusz się zmienia. W listopadzie planowałam zmiany i już się zaczęło... Mikołaj przyniósł mi nowe widoki za oknem, nową rzeczywistość i naturalnie nowe wyzwania. Zapowiada się ciekawie, ale najważniejsze, że otoczenie jest bardzo przyjazne :) Zmiany bardzo mnie cieszą, nawet jeśli idą w parze z jakąś formą straty... Dlatego zanim dotrzemy do przepisu, mam jeszcze dla Was jeden z moich ulubionych wierszy, który najbardziej mi się podoba w oryginale:

One Art

The art of losing isn't hard to master;
so many things seem filled with the intent
to be lost that their lost is no disaster.

Lose something every day. Accept the fluster
of lost door keys, the hour badly spent.
The art of losing isn't hard to master.

Then practice losing farther, losing faster:
places, and names, and where it was you meant
to travel. None of these will bring disaster.

I lost my mother's watch. And look! My last, or
next-to-last, of three loved houses went.
The art of losing isn't hard to master.

I lost two cities, lovely ones. And, vaster,
some realms I owned, two rivers, a continent.
I miss them, but it wasn't a disaster.

- Even losing you (the joking voice, a gesture
I love) I shan't have lied. It's evident
the art of losing's not too hard to master
though it may look like (Write it!) like disaster.

Elizabeth Bishop




Przepis na śledzie z daktylami wynalazłam w ubiegłym roku u Ewelajny i zapałałam do nich płomiennym uczuciem ;) Moje śledziowe upodobania są powszechnie znane, gdybym mogła, to upiekłabym i sernik ze śledziem... Po śledziach curry i śledziach z buraczkami mojej Mamy przyszła pora na korzenne śledzie z daktylami, które będą doskonałą przekąską na Boże Narodzenie, choć smakują tak samo wyśmienicie również o innych porach roku.


Korzenne śledzie z daktylami

10 solonych śledziowych filetów
2 posiekane cebule
20 daktyli, pokrojonych w krążki, jak oliwki

Olej:
1 szklanka oleju
4 ząbki czosnku, drobniutko posiekane
2 pokruszone liście laurowe
2 czubate łyżeczki mielonej słodkiej papryki
7 ziarenek pieprzu, 7 ziarenek ziela angielskiego i 7 goździków
po 10 ziarenek kolendry, gorczycy, jałowca
pół łyżeczki cynamonu

Zaczynamy od przygotowania aromatycznego oleju, warto to zrobić nawet 2-3 dni wcześniej. Wszystkie przyprawy kruszymy w moździerzu (nie musi być na proszek) i mieszamy z liściem laurowym, czosnkiem, papryką i cynamonem. Taką pastę zawijamy w gazę i naszą "sakiewkę" zalewamy w słoiku olejem. Zakręcamy i odstawiamy w ciepłe miejsce. Im dłużej olej postoi, tym lepiej, powinien mieć ładną bursztynową barwę i pięknie pachnieć. Śledzie moczymy w wodzie, kilka godzin lub całą noc, a potem tniemy na kawałki wielkości kęsa i układamy w słoiku na przemian z cebulą i daktylami. Całość zalewamy korzennym olejem. Słoik wstawiamy do lodówki, na przynajmniej 3 dni. Polecam przygotowanie podwójnej porcji :)