-->

cover

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Jeśli stracę dziesięć funtów... :)

Miałam dziś pisać o czymś zupełnie innym, ale przeczytałam dobry i mądry (jak zwykle) tekst na jednym z moich ulubionych blogów, u Małgosi z Manufaktury Radości . I takie stwierdzenie wynalazłam: "Wywalczyłyśmy prawo do decydowania o sobie, uznałyśmy swoją ważność i zdobyłyśmy szacunek, ale nigdy nie przestałyśmy się martwić o to, jak nasze tyłki wyglądają w jeansach". Potem przejrzałam gazety, które kupiłam sobie przed ostatnią podróżą. A tam co druga okładka krzyczy do mnie, że jak się bardzo postaram, to jeszcze mogę schudnąć 10 kilo, przed sezonem, żeby nie było wstydu na plaży ;) Za to na Facebooku, moja ulubiona Kwaśna Cioteczka, z pochodzenia Angielka (co wiele tłumaczy) stwierdza, że u niej zimowy tłuszczyk już zniknał, a teraz ma spring rollsy :) I zaczęłam się śmiać. Potem jeszcze Amerykanka, Maxine mówi, że jeśli straci dziesięć funtów, to jedynie na zakupach w Anglii. I ja się śmieję jeszcze bardziej :) A kiedy dodaje, że widziała właśnie wiosenną kolekcję i jakoś nie znalazła ubrań w rozmiarach dla normalnych kobiet, ja już wiem, o czym chcę dziś napisać. Lato na horyzoncie i ta presja idealnego wyglądu na plaży jest wszechobecna. Pytanie, komu i do czego tak naprawdę jest to potrzebne? U mnie na przykład tak zwany sezon trwa cały rok i chcę się czuć dobrze w moim ciele przez okrągłe (!) 12 miesięcy. Moje ubrania mają rozmiar 16-20 i darzę ogromną sympatią tę osobę, którą widzę każdego dnia w lustrze. Nie zawsze tak było, ale od kiedy pewne rzeczy do mnie dotarły, żyję na zupełnie innym poziomie. Lepiej. Spokojniej.
Przypomina mi się historia, która wydarzyła się dość dawno, byłam chyba w połowie studiów. Wyruszyłam na małe ciuchobranie. W moim ulubionym sklepie wybrałam chyba ze dwanaście ubrań (oczywiście tylko to, co naprawdę mi się podobało…) i udałam się do przymierzalni. A mieli tam przestronną przymierzalnię, słoń by się zmieścił. I  kiedy pomyślałam o tym słoniu, usłyszałam miły damski głos. Czekająca przed przymierzalnią kobieta zapytywała, czy mogłaby na moment do mnie dołączyć, bo zależy jej na przymierzeniu spodni, a nie ma zbyt wiele czasu. Oczywiście zgodziłam się bez wahania i ucieszyłam, że ktoś wypowie się na temat marynarki, nad  którą się zastanawiałam. Marynarka została z miejsca zdyskwalifikowana, po czym moja towarzyszka obrzuciła mnie spojrzeniem klasztornego ekonoma i wypaliła: „ A w ogóle, to nie zaszkodziłoby schudnąć!!!”. Zamurowało mnie. Trwało to chwilę. Po czym zapytałam: „Co proszę?! Pani chyba żartuje? Uwielbiam swoje ciało, świetnie się czuję taka, jaka jestem i nie mam zamiaru schudnąć ANI KILOGRAMA!!!”. I dla odmiany zatkało tamtą panią. W końcu zrobiło jej się głupio. Przeprosiła mnie. Po czym przymierzyła te swoje spodnie. Za ciasne były. Ugryzłam się w język.


Źródło: http://www.auntyacid.com/, https://www.facebook.com/auntyacid




Kiedyś
miałam obsesję na punkcie odchudzania. Pamiętam, jak w liceum przez jakiś czas jadłam li tylko gotowaną pszenicę ;) Przestałam, kiedy pani od wuefu wzięła mnie na rozmowę i kiedy dotarło do mnie, że nigdy nie odchudzałam się dla siebie, że zawsze była to konsekwencja czyjejś głupiej uwagi czy frustracji okładkowym "ideałem" kobiecego piękna. Zaczęłam spoglądać na siebie zupełnie inaczej i, jakkolwiek zajęło mi to mnóstwo czasu, poczułam się wreszcie szczęśliwa ze sobą, ze swoim ciałem. Zyskałam pewność siebie, której mi wcześniej bardzo brakowało. Mężczyźnie, który sugerował mi kolejną akcję pt. dieta, powiedziałam, że jeśli ma jakiś problem, to jest wyłącznie JEGO problem. Ja się nie przyłączę. Błyskawicznie mnie przeprosił. A potem ta pani w przymierzalni… Dobrze jest zrozumieć pewne rzeczy, nabrać dystansu. A przede wszystkim zaakceptować fakt, że każdy z nas jest inny i to jest właśnie wspaniałe. Oczywiście, są ludzie, którym dążenie do wymarzonej sylwetki sprawia przyjemność i to mi się podoba, ale dziś mówię o tych wszystkich, którzy chcieliby po prostu być, jacy są, bez żadnej zewnętrznej presji. Co ludzie powiedzą...? A kogo to obchodzi...? Chociaż wiem, że czasami trudno nad tym przejść do porządku dziennego, że nieraz potrzeba naprawdę wiele siły... Niedawno w jakiejś gazecie pytano o przyjazne miejsce do życia. Na szczycie listy znalazła się Anglia. Spędziłam w tym kraju kilka miesięcy i rozumiem ten wybór. Tam nie jest się sobą "na przekór" komuś, tam się nie martwisz, co ludzie powiedzą. Dlaczego? Dlatego, że tam po prostu ludziom daje się prawo do bycia, takimi, jakimi chcą być, do ubierania się tak, jak im się podoba i ważenia tyle, ile chcą ;) I bez najmniejszego problemu można tam dostać ubrania dla superszczupłych i superokrągłych. I nikogo sprzedawczynie nie mierzą spojrzeniem pełnym potępienia. Oczywiście, Anglia to nie jest raj na ziemi, ale relacje międzyludzkie są tam inne, ludzie się jakoś bardziej lubią, mają ochotę ze sobą rozmawiać


Źródło: https://www.facebook.com/maxine, Pinterest

Jest jeszcze coś. Odwiedzam często portale społecznościowe dla kobiet, którym mój rozmiar jest bliższy. Oglądam mnóstwo zdjęć bardziej i mniej ubranych, promiennych i zadowolonych z siebie dziewcząt. Zdjęcia są naturalnie szeroko komentowane. I jak myślicie, kto pisze: "wieloryb", "ale uda", "no, ta to już przesadza"...? Kobiety. Kobiety tak piszą. I wtedy już naprawdę się wściekam. Jakim sposobem masz być radosna i pewna siebie, skoro Twoje własne plemię wyjeżdża ze żmijowatym tekstem...? Nigdy tego nie zrozumiem. Wydawało, że właśnie wsparcie innych kobiet pomoże nam żyć, tak jak chcemy... Najwyraźniej nie zawsze tak to działa. 


Źródło: Lane Bryant / Cass Bird 


Oglądałam fajny spot reklamowy , z udziałem wspaniałych dziewczyn ze zdjęcia powyżej. Kiedy je zobaczyłam, bardzo chciałam, żeby znalazły się w moim poście. Bo te dziewczyny uosabiają wszystko, o czym piszę, wszystko, co każda z nas ma, gdzieś ukryte, może trochę przyblokowane. One tymczasem aż błyszczą... Śmiejące się oczy i zadziorne miny :) Mówią, że piękno nie ma rozmiaru, że pewność siebie jest sexy. I... że trzeba się ośmielić. I że nie ma mowy, żeby kogoś pytać o zgodę!


Mój blog nie bez powodu ma w tytule hipopotama ;) Podobnie jak ja owo stworzenie lubi jedzonko i należy do typu puchatkowego, więc świetnie się nadawał ;) I chociaż lubimy się pożywiać rozpustnie, od czasu do czasu coś lżejszego też się trafia. Dziś (oczywiście przez to plażowanie na horyzoncie hi hi hi...) małe conieco z tuńczykiem . I niech będzie, że w wersji light ;)




Lekka tuńczykowa przekąska

150 g tuńczyka z puszki (w sosie własnym)
1 średni pomidor, pestki usunięte, drobno posiekany
2 łyżki kolendry, posiekanej (można zastąpić pietruszką)
1 zielona/czerwona papryczka chilli, wypestkowana, drobno pokrojona
2 łyżki czerwonej cebuli, drobno posiekanej
1-1 i 1/2 łyżeczki oliwy
sok z 1 i 1/2 limonki
sól, pieprz

Mieszamy oliwę z cebulą i większą częścią soku z limonki. Dodajemy odsączonego, rozdrobnionego tuńczyka, kawałki pomidora, kolendrę i chilli. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i sokiem z limonki. Przykrywamy miseczkę i wkładamy do lodówki, na przynajmniej 30 minut. Z podanych proporcji wychodzi nieduża porcja, w sam raz dla jednej osoby, więc proponuję podwoić składniki. Przekąska fajnie wygląda podana w mniejszych porcjach, na liściach sałaty, ale po hipopotamowemu, to już byłaby ekstrema :)







środa, 22 kwietnia 2015

Ty dostaniesz do łóżka podane...

Bo czasami po prostu mamy ochotę na małą rozpustę. Na słodkie lenistwo o poranku i największy luksus na świecie. A jednocześnie -  chyba najtańszy :)




Poleż sobie w ciepłej pościeli, przejrzyj czasopisma, których już całkiem spory stosik urósł przy Twoim łóżku... Na poduszkową bitwę też będzie dzisiaj czas. A ja tylko na chwilę pójdę do kuchni :)




Śniadaniowe ciasto z płatkami owsianymi, żurawiną i czekoladą  (na podstawie przepisu z BBC Good Food August 2014)

3/4 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
100 g cukru
100 g płatków owsianych
100 g suszonej żurawiny
80 g dobrej gorzkiej czekolady, połamanej na małe kawałki
100 g masła, roztopionego
1 łyżka płynnego miodu
1 duże jajko, ubite
3 łyżki płatków migdałowych
cukier puder do posypania

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Foremkę 20 x 20 cm wykładamy papierem do pieczenia. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i sodą i całość kilka razy przesiewamy przez sitko*. W większej misce mieszamy mąkę, płatki owsiane, cukier, żurawinę i czekoladę. W środku robimy wgłębienie i dodajemy rozpuszczone masło, jajko i miód. Mieszamy całość do połączenia składników. Przekładamy masę do foremki, wyrównujemy wierzch i posypujemy płatkami migdałowymi. Pieczemy 20 - 25 minut, aż ciasto się zezłoci. Po wyjęciu z piekarnika, odczekajmy 10 minut i pokrójmy ciasto na 12 kawałków. Jeszcze ciepłe, z kawałeczkami rozpuszczonej czekolady smakuje rewelacyjnie! Po wystygnięciu przypomina trochę batoniki musli i też jest bardzo smaczne.

* Oryginalny przepis zawiera self-rising flour, czyli makę, która jest już zmieszana z proszkiem do pieczenia i sodą. Jeśli nie możemy takiej mąki kupić, możemy przygotować własną wersję, na jedną szklankę mąki będziemy potrzebować 1 i 1/4 łyżeczki proszku oraz 1/4 łyżeczki sody. Kluczem do sukcesu jest przesianie mieszanki nawet 5 razy, aby napowietrzyć mąkę.