-->

cover

cover

wtorek, 15 kwietnia 2014

Akcja Pisanka ;)

Cóż. Muszę przyznać, że nie zostałam obdarzona talentami plastycznymi... Moje wszelkie rysunki były, mhm, w jakiś sposób do siebie podobne i chyba tylko Mama była zawsze wierną fanką moich "arcydzieł"... W kwestii pisankowej też nie było wiele lepiej... Pamiętam malowanie wzorków na jajkach, kredkami czy farbkami. Dziś od biedy można by to nazwać awangardą, ale moja ówczesna twórczość była katastrofą w czystej postaci. Kiedy wszyscy sąsiedzi wyruszali z koszykami na święcenie, zawsze miałam ochotę gdzieś te moje jajka schować ;)
W tym roku, po raz pierwszy w życiu postanowiłam się zabawić w kraszenie jajek i muszę przyznać, że z ciekawością przedszkolaka sporządziłam trzy mikstury, a potem niecierpliwie (przez jakieś bagatela 15 godzin) czekałam na efekt, który okazał się całkiem, całkiem... Nie zbierałam wcześniej cebulowych łupinek, czy czegoś podobnego, wszystko sobie sprytnie przygotowałam w kilka minut, a wcześniej jeszcze przeczytałam o kraszankachChilliBite. Ugotowałam kilka jajek na twardo i ...




Oto moje pomysły:

Beżowo-zielone jajka ze wzorkiem "moro" powstały dzięki wywarowi z zieleniny. Zawsze mam w domu kilka pęczków koperku, natki pietruszki, kolendry. Zalałam je niewielką ilością wody, doprowadziłam do wrzenia i gotowałam 15 minut. Po zdjęciu z palnika dodałam łyżkę zielonej pasty curry i łyżkę octu. Do takiej mieszanki wrzuciłam gorące ugotowane kilka minut wcześniej jajka na twardo i wymieszałam je z zieleniną, tak, żeby jajka były nią owinięte.




Szarobłękitne jajka, które mnie zupełnie zachwyciły, wylegiwały się w kubku, w którym zaparzyłam herbatę z hibiskusa z dwóch torebek i dodałam łyżkę octu. Kiedy wyjęłam te jajka rano na talerzyk, zaniemówiłam. Były... mhm... czarne! Na szczęście czarna była tylko "skórka" która się wytworzyła wokół skorupki. Po jej zdjęciu okazało się, że jajka mają bardzo ciekawy kolor i piękny wzorek. Taka hibiskusowa niespodzianka ;)





I wreszcie jajka żółto-pomarańczowe. Te z kolei spędziły noc zalane 1,5 szklanki wrzątku wymieszanego z trzema łyżkami kurkumy i łyżką octu. W tym wypadku efekt był przewidywalny ;)

Wszystkie jajka spędziły w koloryzujących mieszankach 15 godzin. Co prawda trochę mi brakuje pisanek czerwonych, ale... W przyszłym roku też będzie Wielkanoc ;)





sobota, 12 kwietnia 2014

Everything will be allright in the end...

and if it's not allright, it's not yet the end :)

Od jakiegoś czasu chciałam już napisać o filmie, z którego pochodzi to optymistyczne stwierdzenie, ale jakoś nie bardzo mi szło. Właściwie nigdy nie pisałam o filmach... The Best Exotic Marigold Hotel, bo to właśnie o nim mowa, jest jednym z moich ulubionych obrazów. Pewnie macie takie ukochane filmy, które już sto razy widzieliście, ale obejrzycie i sto pierwszy raz, z jednakową przyjemnością, bo zawsze Wam poprawiają nastrój... W moim przypadku ta opowieść o grupie Anglików, którzy decydują się na przeprowadzkę do Indii, jest właśnie takim obrazem. Piękne zdjęcia, rewelacyjne dialogi i dobrze dobrani aktorzy (w tym moi ulubieni Judi Dench i Bill Nighy) i historia m.in. o tym, że życie przynosi wiele niespodzianek, tym bardziej pozytywnych, im bardziej z ciekawością i dobrym nastawieniem ich oczekujemy. Mogę powiedzieć, że znam ten film już niemal na pamięć, a i tak za każdym razem odkrywam w nim coś nowego i za to również tak bardzo go lubię. Jeśli nie znacie tej historii, obejrzyjcie, to właściwie gwarancja miłego wieczoru. Miałam ochotę napisać Wam o kilku wątkach z filmu, ale zamiast tego, będzie kilka tekstów w moim bardzo wolnym przekładzie. One same już w jakiś sposób oddają klimat tej opowieści. A przepis, którym chcę się dzisiaj z Wami podzielić znalazłam na blogu A Brown Table. Autor bloga kocha indyjską kuchnię, a poza tym robi dobre zdjęcia, więc z przyjemnością od czasu do czasu przeglądam jego propozycje.

Dlaczego nie wyjdziesz na zewnątrz? Jest tyle do zobaczenia...




Światło, kolory, uśmiechy... Ludzie, którzy postrzegają życie jako przywilej, a nie prawo... To wszystko czegoś mnie uczy.

Możesz mieć, cokolwiek zechcesz. Musisz jedynie przestać czekać na kogoś, kto ci powie, że na to zasługujesz.




Czasami coś, co się nam przytrafia ZAMIAST, to naprawdę dobre rzeczy.

Jedyną prawdziwą porażką jest, kiedy nie próbujemy. A miarą sukcesu jest to, jak sobie radzimy z rozczarowaniem.



Nigdy nie jest za późno.

Po prostu powinniśmy wszystko robić najlepiej, jak potrafimy.





Zupa z soczewicy z tahini


1 i 1/2 szklanki czerwonej soczewicy
3 łyżki oliwy
3 zmiażdżone ząbki czosnku
2-3 suszone papryczki chilli, pokruszone lub 1 łyżeczka płatków chilli
6 szklanek wody
3 łyżki pasty sezamowej tahini
sok z 2 limonek
pół szklanki posiekanego koperku
sól, pieprz, suszony czosnek

Zaczynamy od opłukania soczewicy. Kolejny krok to rozgrzanie w garnku oliwy, na którą wrzucamy czosnek i chilli, na niewielkim płomieniu aromatyzujemy oliwę i ciągle mieszamy całość, żeby czosnek się nie spalił. Teraz pora na dołożenie soczewicy. Mieszamy ją z oliwą, całość zalewamy czterema szklankami wody i doprowadzamy do wrzenia, a następnie redukujemy płomień do najmniejszego i gotujemy do miękkości soczewicy. Moja była gotowa bardzo szybko, po około 10 minutach. Kiedy soczewica jest już ugotowana, dodajemy pozostałe 2 szklanki wody, żeby zupa nie była zbyt gęsta. Następnie dodajemy pastę sezamową i dokładnie mieszamy, a potem sok z limonek, koperek i sól do smaku. Ja doprawiłam jeszcze moja zupę pieprzem i czosnkiem w proszku. Wyszła naprawdę pysznie, kremowa, gęsta o wyrazistym smaku. Autor przepisu radzi, żeby ją jeszcze na koniec posypać koperkiem, ale mnie się bardziej podobała z papryką ;) Miseczka takiej zupy to sama radość!




Wszystko, co wiemy o przyszłości, to że będzie inna... Być może towarzyszy nam obawa, że nic się nie zmieni, więc tym bardziej powinniśmy świętować zmiany.