-->

cover

piątek, 29 stycznia 2016

Na całej połaci śnieg...

... był, jeszcze tydzień temu! Biały puchaty krajobraz cudownie się odcinał od błękitnego nieba. A kiedy grubiutkie, puszyste płatki  śniegu powolutku spływały na świat, było zupełnie tak, jakby ktoś tam na górze rozpruł ogromną pierzynę :) Prawdziwa zima, lekki mróz i śnieg rozkosznie chrupiący pod nogami. Któregoś wieczora poszłam odsnieżać naszą uliczkę, słuchałam sobie Elvisa w wydaniu romantycznym, podziwiałam rozświetlone choinki i po chwili moje rozmarzenie znalazło swój, dość chłodny, finał... w zaspie :) Tak czy inaczej, cudownie było i tyle gwiazd... Zawsze, kiedy świat otula się bielą i nasze życie jakby zwalnia o pół kroku, przypominam sobie jeden z moich ulubionych muminkowych fragmentów:


"... w miejscu, gdzie dolina wznosiła się łagodnie ku górom, stał dom zasypany śniegiem. Wyglądał bardzo samotnie. Podobny był raczej do dziwacznej zaspy śnieżnej (...). Wewnątrz domu było ciepło i przytulnie. Na dole w piwnicy tliły się wolno całe masy torfu. Księżyc zaglądał w okno oświetlając białe zimowe pokrowce na meblach i owinięty tiulem kryształowy żyrandol. A w salonie wokół największego kaflowego pieca rodzina Muminków spała długim zimowym snem. Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji. Wszyscy, podobnie jak ich przodkowie, mieli w żołądkach porządną porcję igliwia, przy łóżkach zaś, pełni nadziei, położyli to, co mogło być potrzebne wczesną wiosną. Łopaty, okulary przeciwsłoneczne i trochę taśmy filmowej, przyrządy do mierzenia siły wiatru i tym podobne przedmioty. Cisza była pełna spokoju i oczekiwania."

Tove Jansson, "Zima Muminków"


Prosta i przewidywalna była muminkowa zima. Należało po prostu najeść się porządnie igliwia, a potem zasnąć smacznie i obudzić się wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca... Przyznaję, zdarza mi się, nie tylko w zimowej porze, pomyśleć, że mogłabym tak usnąć i obudzić sie dopiero za kilka dni/tygodni, wtedy, kiedy np. jakiś problem będzie już rozwiązany. Tyle, że niewiele problemów udaje sie rozwiązać bez naszego osobistego zaangażowania, a poza tym czas biegnie tak szybko, że trzeba wykorzystać każdą chwilę, każdy moment. Chociaż, oczywiście, dobra drzemka też jest zawsze wskazana, tylko niekoniecznie tygodniowa ;)
Zima jest piękna. Czaruje krajobrazem i wyjątkową kolorystyką nieba, kiedy wschodzi słońce. Moja zima to grzane wino pachnące przyprawami, to aksamitna psia mordka w białym puchu, to spacery po skrzących się śnieżnych połaciach. W tym roku miałam też okazję wybrać się na Bystrzańskie Gody, czyli konkurs kolędniczy w mojej miejscowości. Impreza odbywa sie zawsze w plenerze, spotykają się znajomi, sąsiedzi i przybysze z innych stron. Atmosfera mimo niskiej temperatury jest bardzo ciepła i pełna serdeczności. Miałam okazję posłuchać kolędujących przedszkolaków i wszystkim polecam taką "terapię" na małe smuteczki, które nas czasami dopadają. Dzieciaki były niesamowite! Panie z Koła Gospodyń też miały piękny występ, oczywiście w tradycyjnych strojach... Bystrzańskie Gody stały się już u nas sympatyczną tradycją. Jeśli w przyszłym roku będę tu zimą, też zamierzam zaśpiewać kolędę :) A wszystkich, którzy chcą zobaczyć zdjęcia z tego spotkania, zapraszam tu. Postanowiłam też trochę się uaktywnić i wybrałam się na pierwsze w moim życiu zajęcia zumby. I cóż... Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że moją życiową misją jest dostarczanie ludzkości uciechy :) Koordynacja ruchów. Taka malutka, ale jakże istotna kwestia :)




Jako że w zimie jest wiele ciekawych rzeczy do zrobienia, musimy sobie dostarczać pozytywnej energii i jedzonka w stylu comfort food :) Dzisiaj proponuję Wam curry czy też po prostu warzywny gulasz... Bez mięsa, za to z ciecierzycą, którą bardzo lubię i z dodatkiem słusznej ilości przypraw. Oglądałam niedawno "Podróż na sto stóp" (polecam Wam i książkę i film) i pomyślałam, że już dawno nie było u Hipopotama indyjskich klimatów i że brakowało mi tych smaków.... Zapraszam więc na szybkie, jednogarnkowe danie z gatunku "brzydkie, ale dobre" :)




Ciecierzyca ze szpinakiem i pomidorami  (Chole Palak, zmodyfikowany nieco przepis stąd )

1 puszka ciecierzycy
3 puszki pomidorów, najlepiej pokrojonych
3-4 garści świeżego szpinaku, można go posiekać
2 cm kawałek imbiru, starty
1-2 suszone papryczki chilli
1 laska cynamonu
3 łyżki oleju
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka ziaren kolendry, utłuczonych
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka mielonej papryki, słodkiej
1 łyżeczka garam masala
sól do smaku

Odsączamy ciecierzycę z wody. Jeśli mamy czas i cierpliwość, pozbywamy się z niej "osłonek". W garnku rozgrzewamy olej i dodajemy pokruszone papryczki chilli, imbir, kumin, kolendrę, kurkumę, cynamon i masalę. Smażymy chwilę, mieszając, aż przyprawy zaczna pachnieć. Dodajemy pomidory i gotujemy kilka minut na średnim ogniu, aż sos się zredukuje do połowy. Potem dodajemy szpinak, troszkę soli i 1/2 szklanki wody. Gotujemy około 5 minut, a następnie dodajemy cieciorkę i gotujemy przez kolejne 5-10 minut. Możemy dolać jeszcze trochę wody, aby uzyskać pożądaną konsystencję i doprawiamy do smaku solą. I już. Takie curry wspaniale smakuje z brązowym ryżem. Dla amatorów mniej pikantnych smaków dodajemy tylko jedną papryczkę chilli, albo w ogóle z niej rezygnujemy. Dla złagodzenia smaku możemy dodać trochę jogurtu naturalnego. To przepis na 4-6 niedużych porcji.




Zimowe słowiki

Ja nie zdradzam się z tym nigdy przed nikim
że słyszałam zimowe słowiki.
A kiedy?
A gdzie?

Nocą.
W styczniowym bzie.
Bielił się od stóp do głowy.
Jak wiosenny bez.
Jak majowy.
I leciały z niego śnieżne płateczki.
Każdy słowik darł się za dwóch.
I z każdego prószył puch.
Biały puch.
Aż go pełne były rankiem ścieżki.
Ale ja się z tym nie zdradzam przed nikim,
bo kto wierzy w zimowe słowiki?


Joanna Kulmowa










poniedziałek, 4 stycznia 2016

Tutaj proislamski troll...

Miało być chilloutowo, jeszcze w świątecznych klimatach. O noworocznym błogim popołudniu, grzanym winie, dobrym filmie i różowych piżamowych spodniach z printem w urocze zebry. Tymczasem zwrot o 180 stopni. Bo niektórzy z nas, ledwo skończyli śpiewać "Cichą noc, co pokój niesie ludziom wszem", a już założyli na fejsie wydarzenie pt. "Popchnij islamskiego imigranta.". Czytam, czytam i nie wierzę własnym oczom. Ten bożonarodzeniowy pokój jakoś szybko ludziom z głów wywietrzał: "Popchnij islamskiego imigranta. Pokaż mu, że nie jest mile widziany w Polsce (...) Po prostu bądźmy niemili dla emigrantów z krajów arabskich. Jeśli nie chcesz popychać po prostu patrz mu w oczy wrogo i odważnie (zachowuję oryginalną pisownię). (...) Okazujmy im niechęć na każdym kroku...". Nie wierzę w to, co czytam. Po prostu nie wierzę, a w głowie wyświetla mi się od razu obrazek znaleziony w internecie:




Czytam dalej. I jestem coraz bardziej wzburzona. Trudno mi uwierzyć w jad, który sączy się z postów i komentarzy. Każdy muzułmanin jest według nich ekstremalnym islamistą maltretującym kobiety i obcinającym głowy niewiernym. Czytam bzdurne (podobno koraniczne) uzasadnienia obrzezania kobiet i oglądam hurtem powklejane z Google obrazki obciętych głów i okaleczonych dzieci. Jest też mnótwo wyrwanych z kontekstu fragmentów Koranu, ba, są nawet "życzliwe" porady dla przyszłych małżonek muzułmanów. Nawet nie sądziłam, że w polskim społeczeństwie mamy aż tylu ekspertów od zasad, jakimi kieruje sie islam...  Wygląda mi nawet, że nasza wiedza o islamie jest o wiele głębsza od tej, która dotyczy wyznania dominującego w naszym kraju... Patrzę na hejterskie posty i komentarze i czuję się bardzo nieswojo.
Paradoksalnie, to uczucie nigdy nie towarzyszyło mnie, cudzoziemce i chrześcijance, kiedy miałam okazję spędzić kilka lat w arabskich krajach, wśród wyznawców tej "krwiożerczej" religii. Zastanawiające... W żadnych innych krajach nie zdarzyło mi się zostać zaproszoną na noc do zupełnie obcej rodziny, żebym nie musiała spędzić 15 godzin sama na dworcu kolejowym. W żadnych innych krajach nie zdarzało się, żeby nieznane mi osoby dzieliły się swoim często nawet bardzo skromnym posiłkiem, albo zapraszały na obiad do domu. Takich sytuacji, serdeczności, życzliwości i bezinteresownej pomocy było naprawdę bardzo wiele. A teraz jest mi wstyd, że niektórzy moi rodacy mówią mi, że okazując taką samą życzliwość uchodźcom, staję się proislamskim trollem (kto by to wymyślił...?), a do mordercy i gwałciciela już mi też całkiem niedaleko. Teraz czytam, że ludzie sobie życzą Wielkiej Polski Katolickiej... Moim zdaniem Polska była wielka jako kraj bez stosów, jako kraj, w którym ludzie różnych wyznań mogli ze sobą współistnieć w pokoju. Teraz wydaje mi się, że stajemy się powoli małym krajem małych ludzi...
Chcemy być tacy katoliccy? To dlaczego do diabła tych katolickich wartości, życzliwości, szacunku, miłosierdzia i chęci dialogu wcale nie widać w nienawistnych i obraźliwych komentarzach...? Nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby pisać o tym na blogu kulinarnym, ale kilka razy miałam już okazję wypowiedzieć się w kwestii uchodźców. Nie jestem wcale za tym, aby otwierać granice dla wszystkich bez wyjątku. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że nie wszystkich przybywających do Europy los zmusił do opuszczenia rodzinnych krajów. Uważam, że nasze państwo powinno zachować maksymalne środki ostrożności przy weryfikacji, kto powinien otrzymać zgodę na przyjazd. I chociaż nigdy nie ma 100% pewności, to jednak takie postępowanie jest możliwe... Powinniśmy jednak tak zwyczajnie zrozumieć, że naprawdę w tej rzeszy wędrującej przez Europę jest mnóstwo ludzi, którym wcale (wbrew temu co dziś czytam w co drugim poście) nie jest w głowie żadna święta wojna, którzy nie chcą dokonać obrzezania naszych córek ani też poobcinać nam głów. Są to ludzie, którzy w wyniku szaleństwa innych i wypaczenia założeń islamu stracili WSZYSTKO i teraz po prostu muszą gdzieś znaleźć nowy dom i zapewnić sobie warunki do życia... Mam wrażenie, że niektórym ta "nawałnica muzułmańskich najeźdźców" spędza sen z powiek bardziej, niż poczynania naszego rządu, które moim zdaniem zagrażają naszej wolności o wiele bardziej, niż kilka rodzin, które być może osiedlą się w naszym kraju... Nagle dowiaduję się, że w Polsce wszystko działa, jak powinno, mężczyźni i kobiety szanują się nawzajem, przemoc domowa nie ma w ogóle miejsca, a do tego bardzo dbamy o dobro naszych dzieci... Natomiast całą tę sielankę zrujnuje nam niewątpliwie horda muzułmańskich uchodźców, którzy z miejsca wprowadzą prawo szariatu, a potem sięgną po nasze głowy... Litości! Czy naprawdę taka jest dziś Polska...? Dziś, kiedy na naszych oczach realizują się scenariusze z filmów, kiedy światem targaja konflikty, kiedy rzesze ludzi muszą opuszczać miejsca, które kochają, bo dopada ich wojna i głód, my mówimy jedynie "Nie chcemy Was tutaj!"...?
Wiem, wiem, w Pakistanie można łatwo kupić syryjski paszport, do tego niektórzy mają nas gdzieś, bo chcą tylko do Niemiec, ale naprawdę, są ludzie, którzy bardzo potrzebują naszej pomocy, miski zupy, kąta do spania, dobrego słowa otuchy. Może mają inne tradycje, inne zwyczaje, może inaczej się modlą i ubierają, ale to są tacy sami ludzie jak my. Ani gorsi, ani lepsi, po prostu inni. I jeśli faktycznie bliskie są nam chrześcjańskie wartości, o których na całe gardło krzyczą na fejsbukowym wydarzeniu, zrobimy wszystko, aby w miarę naszych możliwości tym ludziom pomóc. Bo to właśnie znaczy być człowiekiem przez duże C. A poza tym... Świat tak szybko i tak bardzo się zmienia. Dziś jesteśmy tu, w ciepłych domach i wojujemy na internetowych forach manifestując nasz święty gniew, a często i ksenofobię... Co by było, gdybyśmy z dnia na dzień to wszystko stracili? Gdybyśmy musieli uciekać, jak ludzie, których tak bardzo teraz u siebie nie chcemy? Kto i gdzie otworzy nam wtedy drzwi...?

PS Jeszcze się dziś dowiedziałam, że "nacjonalizm to nic innego, jak czynny patriotyzm". Myślę, że "czynni patrioci" w naszym kraju mają jednak lepsze rzeczy do roboty niż tworzenie dziwnych fejsbukowych wydarzeń i nawoływanie do nienawiści... O ile oczywiście nie demolują stolicy... A teraz może coś na ukojenie skołatanych nerwów...? 


Mus czekoladowy ze śliwkami w whisky  (na podstawie przepisu Jamiego Olivera)

170 g dobrej gorzkiej czekolady (używam czekolady o 70% zawartości kakao)
50 ml śmietanki kremówki
6 jajek (osobno żółtka i białka)
40 g cukru pudru
200 g miękkich suszonych śliwek
80 ml whisky
50 ml soku pomarańczowego
starta czekolada, skórka pomarańczowa (opcjonalnie, do dekoracji)

W miseczce śliwki zalewamy whisky wymieszaną z sokiem pomarańczowym i odstawiamy na noc (w pokojowej temperaturze). Czekoladę topimy w kąpieli wodnej i chwilę studzimy. Żółtka z cukrem pudrem miksujemy na kremowy kogel mogel i łączymy go z czekoladą, a potem dodajemy śmietankę i całość dobrze mieszamy. Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywną pianę i w dwóch partiach dodajemy do masy czekoladowej, mieszamy delikatnie, aby mus był puszysty. Na dnie miseczek/szklanek/kieliszków układamy po kilka śliwek, a potem nakładamy mus czekoladowy (to przepis na 6 niedużych porcji). Miseczki zakrywamy folią i schładzamy mus 2-3 godziny (lub dłużej, aż stężeje). Przed podaniem możemy go udekorować śliwkami, skórką pomarańczową i wiórkami startej czekolady. Bardzo polecam na chwilę rozkosznej rozpusty :)